Syd Hoff, Bernard on His Own

Bernard on His own syd hoff

Wydawnictwo: Clarion Books

Mój syn czasem wraca do swoich ulubionych lektur sprzed kilku miesięcy, ale po jednym czytaniu je zwykle porzuca. Tym razem jednak odnalazł książkę, za którą nie przepadał, i wraca do niej raz po raz. Nie dlatego, że jest to historia śmieszna albo wzruszająca, i nie dlatego, że dotyczy koparek albo lodów.

Otóż mały niedźwiadek Bernard postanawia pobawić się sam, podczas gdy mama i tata zajęci są własnymi sprawami. Niestety, wpada od razu w tarapaty, z których rodzice muszą go ratować. Gdy po raz kolejny próbuje swoich sił, a to zwycięża strach, a to brakuje mu umiejętności; nie wychodzi mu też wspólna zabawa z innymi zwierzętami. W pewnym momencie znajduje się jednak w trudnym położeniu, i tym razem, mimo że wzywa na pomoc rodziców podobnie jak na początku opowieści, niedźwiadek zdaje sobie sprawę, że zaszła w nim pewna mała, acz znacząca zmiana.

To u nas druga książka po „Little Exacavator”, która opowiada o trudach bycia małym w świecie dorosłych. Z tym że o ile małej koparce trafia się w końcu zadanie, dzięki któremu może się poczuć potrzebna taka, jaka jest, o tyle Bernard się zmienia, stawiając pierwszy krok ku byciu „dużym” – a potem wycofuje się w bezpieczne ramiona rodziców. Podkreślam ten powrót do status quo, bo podoba mi się, że autor pozwala niedźwiadkowi nabyć nowe umiejętności, popróbować, jak to jest być dorosłym, ale nie każe mu od razu zatrzasnąć za sobą drzwi i przejść do następnego etapu.

Nauka samodzielności i powolne wychodzenie spod skrzydeł rodziców do świata to duże emocje, z którymi dziecko mierzy się samo.  Oczywiście, że je wspieramy, cieszymy się z każdej nowej umiejętności i zachęcamy do kolejnej, staramy się towarzyszyć tak, aby nie przeszkadzać, przytulamy, gdy frustracja albo strach narastają, i gdy trzeba, ratujemy z opałów. Ale emocji jest wiele, różnych, naraz; nie każdą potrafimy dostrzec, a co dopiero zrozumieć.  Dlatego zdaje mi się, że mojemu Michałowi Bernard pomaga uporać się z czymś, czego już dawno nie pamiętam. Mogłabym nazwać to coś strachem, rozczarowaniem, frustracją, niepokojem, ale nie wiem, co się właściwie dzieje w głowie mojego syna, kiedy bierze wiaderko i rusza na brzeg nabrać wody – sam pośród innych dzieci i dorosłych. Natomiast wiem, że wybierze dziś na dobranoc opowieść o pewnym małym niedźwiadku…

I tu bym zakończyła recenzję, gdyby nie rysunki, bo o nich kilka słów też się należy. Są bardzo przyjemne i nieraz zabawne nawet, emocje na pyszczkach uchwycone celnie, a mimo to mam ciągle wrażenie, że trochę nudno jest.  Paleta kolorów ograniczona, ale naprawdę z poczuciem głębokim estetyki, czuć zamysł. Zdaje mi się zatem, że problem tkwi w tym, że za wiele powstało ilustracji po prostu – i zabrakło pomysłów na ich urozmaicenie.

Richard Fowler, Mr. Little’s Noisy Train

mr little's noisy train richard fowler

Wydawnictwo: Grosset&Dunlap

Ciekawa lektura i dla młodszych, którzy lubią otwierać okienka, słuchać onomatopei i poznawać zwierzątka, jak i dla starszych – fanów kolejnictwa, którzy dostają na rysunkach pełny opis wszystkich, nawet najmniejszych, elementów pociągu. Książka opowiada o maszyniście, tytułowym panu Little, który miał właśnie rozpocząć przewóz towarów kierowanym przez siebie pociągiem, gdy usłyszał dziwne dźwięki dobiegające a to z przodu lokomotywy, a to z poszczególnych wagonów. Idzie więc zajrzeć, co się dzieje, a my – razem z nim. Zastaje m.in. ślizgającego się na lodzie niedźwiedzia polarnego i biorącego kąpiel aligatora.

Każdy tekst kończy się dopiero na wewnętrznej stronie okienka, które otwiera dziecko, by zajrzeć do poszczególnych części maszyny, więc rodzic nie jest w stanie zrujnować niespodzianki, a pociecha może mieć poczucie większego zaangażowania w proces czytania. Koniec historii, gdy pan Little musi biec do ruszającej lokomotywy, zawiera tak miłe dzieciom powtórzenie wszystkich występujących w opowieści postaci, tylko podanych w odwrotnej kolejności.  

W serii ukazały się także Mr. Little’s Noisy… Car, Boat i Plane – niestety, zamysł w nich jest ten sam, więc radziłabym wybrać środek transportu, który mocno przypadł dziecku do gustu, i zakupić tylko jedną z książek.

P.S. Przypominam, że więcej zdjęć na instagramowym @mi.sto.ry.pl

Edward Hemingway, Bad Apple. A Tale of Friendship.

Bad Apple A tale of friendship edward hemingway

Wydawnictwo: Puffin Books

Nazwisko nie jest przypadkowe, to książka napisana i zilustrowana przez wnuka „tego” Hemingwaya. Na szczęście sława dziadka nie była potrzebna do podwyższenia sprzedaży tej opowieści, bo historia broni się sama. Poznajemy w niej jabłko imieniem Mac, które pewnego dnia zaprzyjaźnia się z robakiem Willem. Spotyka go za to typowy ostracyzm. Will wycofuje się, nie chcąc narażać przyjaciela na nieprzyjemności, ale Mac tęskni i postanawia w końcu zawalczyć o przyjaźń.

Opłakane skutki dyskryminacji na tle rasowym, niebezpieczeństwa konformizmu czy idea przyjaźni z pewnością są ważnymi tematami do przedyskutowania z dzieckiem, ale ta książka ma w sobie coś więcej: serię dowcipów bazujących zarówno na rysunkach, jak i grze słów. Nie chciałabym nikogo pozbawiać okazji do śmiechu, szczególnie w czasie pandemii, więc ograniczę się tylko do powiedzenia, że historia zbudowana jest na tym, że Mac odczuwa po przyjacielu pustkę, której nie może wypełnić (dosłownie, bo robak zamieszkał w nim). Zerknijcie też na slogan podsumowujący treść, który znalazł się na okładce książki 🙂

Margaret and H.A. Rey, Busy Days with Curious George, Ciekawski George

A: HMH (Houghton Mifflin Harcourt), P: wydawnictwo Modo, które, jak samo twierdzi, powstało tylko po to, by wydać książki o George’u

Przygody ciekawskiej małpki i jej bezimiennego przyjaciela w żółtym kapeluszu ukazały się po raz pierwszy w druku w 1941. Skoro cieszą się zainteresowaniem niezmiennie od tylu lat, a do tego dorobiły się serialu animowanego i filmu, z pewnością mają to „coś”, co porusza serca dzieci na całym świecie.

Oryginalne historie są podobno zaskakująco długie i nie przystają do dzisiejszej wrażliwości (małpka często ponosi w nich uszczerbek na zdrowiu), dlatego amerykańskie wydawnictwo zleciło innym autorom napisanie i zilustrowanie dodatkowych historii – i te właśnie współczesne wersje trafiły do naszych rąk. Osiem opowieści z tomu „Busy Days..” ma od 2 do ok. 7 zdań na stronie, duże ilustracje, łamane nieraz na kilka plansz, oraz długość sięgającą średnio 20 kilku kartek każda. Same przygody to np. wizyta w zoo stworzonym na kształt safari, badanie u dentysty, zabawa z dziewczynką na wózku inwalidzkim, zbieranie pieniędzy na zabawkę czy nocowanie u przyjaciół.

Małpka nie mówi, co ją trochę urzeczywistnia, ale jej zachowanie przypomina raczej zachowanie dziecka niż zwierzęcia, więc młody czytelnik może się z nią łatwo utożsamić. George pakuje się regularnie w tarapaty, ale zawsze ratuje go to, że ktoś z otoczenia dostrzega pozytywny skutek wywołanego przez małpkę zamieszania. Mamy więc po jednej stronie dziecięcą ciekawość,  umiłowanie zabawy i skłonność do rozproszenia uwagi, a z drugiej – życzliwość ludzi, która sprawia, że każdy kłopot daje się rozwiązać.

Moje dziecko sięga po ten zbiorek chętnie i nieraz przeczytaliśmy nawet 7 z 8 historii pod rząd (czyli, uwaga, ok. 160 stron naraz). Dla dwulatka to chyba wystarczająca dawka emocji, ale czy dla starszego dziecka powinniśmy pokazywać, że świat jest bardziej przyjazny niż trudny? Tego jeszcze nie wiem. Może seria po polsku, która bazuje na oryginalnych historiach autorstwa państwa Rey, jest tak ciekawa, jak baśnie braci Grimm. Jak skończy się pandemia, sprawdzę w bibliotece i dam znać.

Przy pisaniu tego posta korzystałam z Wikipedii oraz artykułu New Yorkera, z którego dowiedzieć się można również, że autorzy naprawdę mieszkali z dwiema małpkami, a mimo to pozbawili George’a małpiego atrybutu w postaci ogonka, upodabniając go do nas, ludzi.

O kolorach książek kilka (po angielsku)

Pete the Cat I love my white shoes Cat's colors Little green peas a big book of colors

Koleżanka, która jest przedszkolanką, powiedziała mi kiedyś, że przychodzą do jej grupy dzieci, które nie znają kolorów. Wówczas ta informacja brzmiała dla mnie neutralnie, ale odkąd na świecie pojawił się mój syn, nie mogę uwierzyć, jak mogło dojść do takiej sytuacji. W końcu kolorów uczymy się nieustannie, rysując, malując, przekładając klocki. Co ciekawe jednak, książki na ten temat nadal cieszą się ogromnym zainteresowaniem maluchów. Myślę, że problemem są odcienie, które trochę nam mieszają w poznawaniu, czym jest zielony, a czym niebieski. Sama niejednokrotnie wiodłam spór, czy nazwać coś jeszcze żółtym czy już pomarańczowym.  Z tego “pomieszania” pochodzi zapewne miłość dzieci do słowniczków obrazkowych, których tu jednak omawiać nie będę. Polecę za to kilka pozycji, które proces poznawania kolorów trochę Wam urozmaicą.

Eric Litwin, James Dean (i.), Pete the Cat: I Love My White Shoes

Historia kota, który mimo że kocha swoje białe buty, to nie płacze, gdy wdepnie np. w farbujące na niebiesko borówki, jest przypowieścią dla buntującego się dwulatka, który ma ogromny problemy z akceptacją zmian. O, tak, Pete nie ma nic przeciwko nowym kolorom swoich butów, a nawet o nich śpiewa. Jeśli jako rodzic zmagający się z płaczącym co i rusz dzieckiem nie jesteś w stanie docenić poczucia humoru autora, to na pewno spodoba Ci się nieustannie prowokowana interakcja (mnóstwo pytań, które przy pierwszym czytaniu są doskonałą okazją do ćwiczenia dedukcji), a także możliwość wspólnego śpiewania piosenki na melodię dowolną.

Jane Cabrera, Cat’s Colors

Kolejny kot, ale w opowieści o nim pojawia się tylko jedno pytanie: jaki jest owego kota ulubiony kolor? Zielony jak trawa, po której lubi stąpać? Czy niebieski, jak niebo, po którym gania ptaki? Odpowiedź jest oczywiście wzruszająca. Nawiasem mówiąc, podobno pedagodzy zalecają, aby uczyć kolorów właśnie w kontekście konkretnego elementu z otoczenia dziecka, w co ta książka wpisuje się doskonale.

Keith Baker, Little Green Peas: A Big Book of Colors

Zielony groszek jako bohater? Sprawdza się świetnie, nawet gdy nie klepie po brzuszku rzepy. Śladem przywołanego Brzechwy książeczka o groszku jest pozycją wierszowaną. Na obrazkach oprócz dużego napisu RED pojawiają się np. czerwony płotek, czerwone jesienne drzewa, czerwone latawce – a w tym wszystkim zielony groszek sprzątający liście, malujący obraz czy puszczający samoloty z papieru. Duże ilustracje z mnóstwem małych zdarzeń, o których można rozmawiać, jeśli się akurat nie tropi obecnej na każdej stronie biedronki.

Eric Carle, Brown Bear, Brown Bear… My first Library – Colors – pod linkiem znajdziesz kolejne dwie książki o kolorach, które polecałam już wcześniej.

Wierszem z placu budowy

Goodnight, Goodnight, Construction Site, Little Excavator

Sherri Duskey Rinker, Tom Lichtenheld (i.), Goodnight, Goodnight, Construction Site, Snów kolorowych placu budowy (tłum. Joanna Wajs)

A: Chronicle Books, P: Nasza Księgarnia

Oto wszystkie maszyny na placu budowy układają się do snu. Pracowały dzielnie cały dzień, a teraz ogarnia je zmęczenie. Najpierw widzimy, jakie zadania wykonały: dźwig, betoniarka, wywrotka, spychacz i koparka, a potem mówimy każdej z maszyn „dobranoc”, by na koniec otrzymać zaproszenie do pójścia w ich ślady – tak wygląda cała opowieść rozłożona na 28 bogato ilustrowanych stronach. Zaznaczyć pozostaje, że tekst jest rymowany i raczej krótki – strofy zwykle nie przekraczają czterech wersów. To historia dla fanów pojazdów, nie znajdziesz w niej nic więcej poza osobliwym podejściem do pracy jako, uwaga!, niebywałej zabawy, którą z żalem się porzuca.

Mimo że jest to sympatyczna pozycja na dobranoc, jestem niezmiernie zaskoczona faktem, że ktoś podjął się wprowadzenia tej książki na polski rynek. Tłumaczenie wierszowanych opowieści jest nie lada wyzwaniem, szczególnie w przypadku przekładu z języka angielskiego, który jest bardzo rytmiczny i pozwala w zależności od potrzeb przesuwać akcenty, rozszerzać lub skracać liczbę sylab (może nie tak jak francuski, ale jednak). Mówiąc krótko: jak się nie jest Barańczakiem, który pisał nowy tekst, zamiast przekładać oryginał, to trudno z takiej rymowanki zrobić coś wartego uwagi. Widziałam kilka stron tłumaczenia – i ani nie jestem oburzona, ani zachwycona. Ale Twojemu dziecku nie polecam wersji polskiej – po co komu taki sztuczny twór? Lepiej czytać wierszyki, które zostały stworzone w danym języku, jeśli żadne dodatkowe treści nie uzasadniają sięgnięcia po tłumaczenie.

Anna Dewdney, Little Excavator

Wydawnictwo: Viking

Kolejne po „Goodnight, Goodnight, Construction Site” przygody na placu budowy – tym razem jednak pojawia się bohater, mała koparka, która chciałaby pracować tak, jak duże maszyny, ale a to gdzieś wpadnie, a to się przewróci, a to wjedzie pod… koła, oczywiście. Ciągle więc słyszy, że jest za mała i że musi poczekać, aż dorośnie – zdanie, którym częstujemy nasze maluchy po wielokroć. Pod koniec robót, które przekształcają zaśmieconą działkę w śliczny park dla okolicznych mieszkańców, okazuje się jednak, że do wykonania jest zadanie, z którym nie radzą sobie duże maszyny, a wówczas mała kopareczka spisuje się świetnie.

Krótkie, dwuwersowe strofy, urocze rysunki, sprytne wykorzystanie wewnętrznych stron okładkowych do pokazania „przed” i „po” placu budowy, a także mnóstwo onomatopei dodają jeszcze tej książce uroku. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla najmłodszych, którzy z chęcią posłuchają angielskiego wierszyka – wersji polskiej historii tym razem na szczęście brak.

Nawiasem mówiąc: porównanie „Goodnight…” i „Little Excavator” pokazuje, że prosty opis rzeczywistości nie porusza, potrzebny jest jeszcze każdej opowieści bohater, który mierzy się ze światem – w końcu lubimy się z kimś utożsamić albo po prostu trzymać za kogoś kciuki.

Alice Schertle, Jill McElmurry (ilustracje), Little Blue Truck

Little blue truck leads the way springtime christmas halloween

Wydawnictwo: Noisy Crow

Ciężarówka mogłaby nie robić nic, a i tak zachwycać chłopców, prawda? Zdaje mi się, że z tego założenia wyszły wydawnictwa w Polsce, wypuszczając serie z cudami w rodzaju „Dzielnego wozu strażackiego”. Otóż Mały Niebieski z anglojęzycznej książki jest inny. Po pierwsze, czuje się pełnoprawnym bohaterem, który ma przyjaciół wśród… uwaga! nie maszyn, a innych ulubieńców dzieci – zwierząt.  Po drugie, pokazuje wzorcowe postawy społeczne – pomaga w potrzebie, wyłamuje się z tłumu czyniących niezbyt mądrze. Po trzecie, uczy: liczenia, nazw zwierząt, pór roku.

Historie z podwórka Małej Niebieskiej Ciężarówki są rymowane, więc szybko zapadają w pamięć i można je recytować do ucha malucha już po wyłączeniu światła (a czasem i w środku nocy, co pewnie nie tylko ja znam z autopsji).

Seria obejmuje: klasyczne „Little Blue Truck”, “Little Blue Truck Leads the Way”, z otwieranymi okienkami: „Little Blue Truck’s Spring”, „Little Blue Truck’s Halloween”, z migoczącą choinką „Little Blue Truck’s Christmas” (te znamy) oraz “Good night Little Blue Truck”, “Little Blue Truck’s Valentine” i wydanie dla najmłodszych, z klaksonem i mięciutką ciężarówką “Little Blue Truck Beep Along”.

Ian Falconer, Olivia… and the Missing Toy; Olivia

Olivia and the missing toy ian falconer

A: Atheneum, P: Egmont Polska: Olivia, Olivia i Orkiestra, nie znalazłam natomiast Olivii i zaginionej zabawki

Od pierwszego czytania mój syn pokochał ją tak, jak jeszcze żadnej. Ja ze strony na stronę popadałam w zdumienie, że można napisać i zilustrować książkę dla dzieci tak świetnie, jak tę dla dorosłych. Przyjemność obcowania z dziełem sztuki jest trudna do przekazania, ale zaraz postaram się opowiedzieć Ci, dlaczego musisz mieć którąś z nagrodzonych pozycji z serii Falconera.

Bo tak, jest to seria (o tytułowej Olivii), i to z wieloma nagrodami na koncie. Jej autorem jest projektant kostiumów i dekoracji teatralnych, a także ilustrator New Yorkera w jednym. Już to brzmi ciekawie, prawda?

Jeśli powiem, że bohaterką jest świnka, nie zrozumiesz. Zamiast tego powiem Ci więc, że główną rolę odgrywa w opowieści mała dziewczynka, której ulubiona zabawka ginie w tajemniczych okolicznościach w ułamku sekundy. Olivia odnajduje ją w strasznym stanie (i w równie strasznej scenerii), a potem naprawia; jeszcze tego samego wieczoru wybacza też winowajcy.

Nic wielkiego się nie wydarzyło. Ot, zwykła domowa przygoda jakich wiele.

Ano, nie. Po pierwsze, jako rodzice łapiemy w tle kilka ironicznych komentarzy do relacji dorosłego z dzieckiem, uśmiechając się przy tym cierpko, a nie np. rechocząc beztrosko. Może nawet rozpoznajemy Marthę Graham* na jednym z obrazów wiszących w domu Olivii albo uznajemy, że tytuły czytanych przez dziewczynkę książek są co najmniej zastanawiające. Po drugie, toniemy w zachwycających ilustracjach, które są monochromatyczne, ożywione tylko drobnymi zielonymi i czerwonymi elementami – a przy tym zdają się ruchome jak w komiksie (opowieści graficznej). Wśród fundowanych nam przez autora niespodzianek są np. nagłe zmiany perspektywy, elementy o ostrych konturach (wszystkie rysunki są w wykonane węglem i gwaszem, więc jest to uderzający kontrast), złożona ponadwymiarowa kartka pozwalająca obejrzeć pomieszczenie najpierw z jednej, a potem z drugiej strony, użycie niemal teatralnych dekoracji, gra ze światłem, przejścia między jedno- albo dwuplanszowymi stronami, a nawet zejścia postaci ze stron. Z tym współgra czcionka, która zwiększa się w zależności od tonu głosu postaci.

Każdy szczegół jest tu przemyślany, dopieszczony. Każda strona ma być tą najlepszą. Opowieść płynie swobodnie, ale we właściwym tempie. Nic dodać, nic ująć nie trzeba.

Mój syn chodzi z „Olivią” po mieszkaniu, jak z ukochaną przytulanką. Recytuje końcówki zdań z pamięci. Każe ją czytać setki razy, a jak skończymy – kładzie ją blisko przy sobie. Kiedy mu powiedziałam, że zamówiliśmy dwie inne części „Olivii”, jego oczy rozbłysły, chociaż nie spodziewa się przecież w kolejnych książkach żadnego placu budowy…  Miłość, po prostu.

P.S. Nie oglądaliśmy kreskówki. A Wy?

*Ja ją pomyliłam z Piną Bausch. Ale naprawdę nie o to chodzi, żeby wiedzieć, tylko o to, że czujesz, że chcesz sprawdzić 🙂

Ok. 35 zł na Book Depository pod linkiem: http://tidd.ly/3f40ce89 [to reflink, czyli jeśli klikniesz i dokonasz zakupu, BD podzieli się ze mną zyskiem]

Eric Carle, The Very Hungry Caterpillar, Bardzo głodna gąsienica, My first book…, Moja pierwsza książka…, From head to toes, Od stóp do głów, i inne

Eric Carle very hugry caterpillar, brown bear, from head to toe, my very first book
Trzy mistrzowskie i jedna… cóż, mniej udana. Zgadnij, która nie wzbudziła naszej miłości.

P: Wydawnictwo Tatarak, A: Henry Holt, Harper Collins, Penguin Books

Nie przepadam za jego rysunkami, nie uważam, jakoby „Bardzo głodna gąsienica” powinna znaleźć się na półce każdego dziecka, ale Erica Carle’a polecam gorąco najmłodszym w trzech mistrzowskich odsłonach.

Pierwsza to nieprzetłumaczona dotąd na polski książka „Brown Bear”. Prosta, bardzo rytmiczna  rymowanka  o powtarzalnej części, która uczy dziecko kolorów i zwierząt. Tekstu tam jak na lekarstwo, rysunek jest za to na obie strony, bardzo wyraźny. Może dziś jakiś tłumacz głowi się, jak stworzyć odpowiedni wierszyk w języku polskim? Oby! Dodam tylko, że współautorem tego cuda jest Bill Martin Jr.

Druga z polecanych to seria „Moja pierwsza książka”, która uczy kolorów, kształtów, słów i liczb. Strony tych książeczek podzielone są poziomo na pół – zadaniem rodzica jest przytrzymać górę i powiedzieć dziecku, czego ma szukać, a malucha – dopasować odpowiedni obrazek z dołu (i na odwrót). Kolory są namalowane w sposób nieoczywisty, z odcieniami, pełza po nich światło. Kształty są wzięte z rzeczywistości, niekoniecznie wyabstrahowane, więc wymagają zrozumienia pewnych pojęć (albo pozwalają znaleźć różne kształty w jednym rysunku), np. oko w kształcie migdału ma w sobie okrągłą źrenicę. Cyfrom towarzyszą kwadraty, które można wspólnie policzyć, nim się mały człowiek weźmie za szukanie odpowiedniej liczby owoców na swoich obrazkach (przy czym kwadraty ułożono w dwóch rzędach, każdy do pięciu, co pomaga zapamiętać wzrokowo, jaka wielkość grupy odpowiada której cyfrze – z tych gotowych obrazów mentalnych korzystamy na co dzień, nie licząc wszystkiego pojedynczo).

Trzecia książka, którą jesteśmy oboje z synem zachwyceni, to „Od stóp do głów”, pokazująca ruch, jaki potrafi wykonać jakieś zwierzę, i zachęcająca do pójścia w jego ślady. Odwracamy głowę, zginamy szyję, podnosimy ramiona, klaszczemy, a nawet wyginamy plecy w łuk. Taka mała gimnastyka z gorylem czy osłem. I tak, trzeba nagle porzucić lekturę i położyć się na dywanie – przyznam, że ja często oszukuję przy kocie i ośle, bo nie zawsze jestem gotowa na wygibasy.

Eric Carle miewa więc świetne pomysły, nie śmiałabym temu zaprzeczać. Ale im więcej zabiera głosu, czyli im więcej produkuje tekstu, tym bardziej staję się mu niechętna. Pewnej gąsienicy zmieniłabym np. tempo opowiadania na ostatnich stronach…

Mamy jeszcze Carle’a „The Grouchy Ladybug” o nieumiejącej się dzielić biedronce, której przygody odmierza tarcza zegara i „Rooster’s off to see the world” o kogucie zabierającym w podróż zwierzęta, dzięki którym możemy policzyć do pięciu – ale żadna nas nie wciąga, a już na pewno nie zachwyca (choć ta pierwsza ma też trochę niestandardowych wycinanek, które odróżniają ją od reszty). Co do innych książek – nie wiem zupełnie, może ukrywa się gdzieś jeszcze jedna perełka w twórczości tego autora? Jak usłyszę, dam znać. Ty też daj.

Norman Bridwell, Clifford the Big Red Dog, Clifford Wielki Czerwony Pies

clifford book cover okładka
Clifford w wydaniu olbrzyma i miniaturki bawiącej się bombką choinkową.

A – Scholastic, P – Znak

Seria książek o Cliffordzie to przede wszystkim ogromna dawka humoru. Głównym źródłem dowcipu jest zachowanie psa o nieprzeciętnych rozmiarach – w wersji mini, jako niesamowicie maleńkiego szczeniaczka,  albo w wersji maxi – psiaka większego niż dom, który jest w stanie podnieść samochód czy zniszczyć buldożer. W jednej z opowieści maleńki Clifford bawi się w olbrzyma z zabawkową kolejką czy domem dla lalek – i jest to idealne podsumowanie jego przyszłych relacji z otoczeniem 🙂

Efekt humorystyczny potęgują teksty pisane z naiwnej perspektywy dziecka (jak w „Mikołajku”), które używane są do wytworzenia kontrastu z ilustracjami lub jedynie dopowiedzenia tego, co widoczne jest na obrazku. Mimo że teksty te są krótkie, same książki przeznaczono dla starszych dzieci (4+), bo wymagają bardziej rozwiniętej teorii umysłu* (np. domyślenia się, dlaczego malarz myli małego żółtego psa z wielkim Cliffordem po tym, gdy na tego pierwszego spadła puszka czerwonej farby). Jednak mój dwulatek je uwielbia i śmieje się z mniej wyrafinowanych dowcipów, których też nie brakuje.

Przygody Clifforda są starannie skrojone pod dzieci: a to trafi się gdzieś pożar i gaszący go strażacy, a to zabawa na placu budowy; do tego pełno potknięć i upadków, a także tornado zniszczeń. Jeśli z jakiegoś powodu brzmi to dla Ciebie jak zabawy chłopięce, zapewniam, że towarzyszka psa, nazwana na cześć córki autora Emily Elisabeth, pcha wózek (tyle że z prawdziwym kotkiem), przebiera się za wróżkę, a na Boże Narodzenie dostaje bobasa z kompletem ubranek. Powiedziałabym, że Bridwell zręcznie buduje postać prawdziwego dziecka, które nie przejmuje się stereotypami dotyczącymi płci i robi to, co sprawia mu (jej) przyjemność.

Seria o Cliffordzie to czysta rozrywka, raczej nie pobudza do rozmów, nie ma walorów edukacyjnych, poza może pokazywaniem, do czego może doprowadzić szczenięcy brak rozwagi  (choć w książce konsekwencje wszelkich zniszczeń są stale pomijane). To książki, które przepełnia magia opowieści beztroskiej, nieniosące żadnego morału, ale potrafiące zawładnąć wyobraźnią (i czasem wywołujące uśmiech nawet na twarzy rodzica). Natomiast muszę zaznaczyć, że seria jest bardzo nierówna – jedne książki są błyskotliwe i zabawne, inne… cóż, na poziomie potrzeb dwulatków.

Muszę zaznaczyć, że w serii pojawiły się też pozycje edukacyjne – Clifford uczy liczyć do dziesięciu, a także prezentuje angielski alfabet. Jestem fanką szczególnie tej pierwszej pozycji, bo jest napisana jako kolejna opowieść, a samo liczenie przy większych liczbach odbywa się także partiami (np. 10 jest podzielone na 3+3+4). Natomiast nie wiem, czy ukazała się ta część i w polskiej wersji.

Z ciekawostek: Clifford powstał w 1963 r., gdy Bridwell został odprawiony przez wydawców z pouczeniem, że ilustrować książek dla dzieci to on nie umie, więc jeśli chce to robić, musi je sobie napisać sam. W ciągu 50 lat stworzył ok. 90 tytułów. My mamy części pisane przed 1998 r., więc nie jestem w stanie wypowiedzieć się o tych młodszych, osadzonych zapewne w bardziej współczesnych realiach, ale i pisanych z większym wysiłkiem twórczym. Nie oglądamy też animowanej wersji Clifforda – to pozostawiam Wam do okrycia na własną rękę.

Więcej zdjęć na instagramie: @mi.sto.ry.pl

O psim bohaterze dla młodszych dzieci przeczytasz tu.

*Teoria umysłu to nasze wyobrażenie o tym, co inni czują i wiedzą. Wykształca się powoli, dlatego małe dzieci można przyłapać na co najmniej dziwnych zachowaniach. Np. syn mojej koleżanki, będąc na wyjeździe, mówił jej przez telefon, żeby dzwoniła do niego, jak on już jest w łóżku, a nie wtedy, gdy się jeszcze bawi – czyli zakładał, że ona wie i widzi dokładnie to, co on (dla rozwiania wszelkich wątpliwości: nie było określonych co do minuty pór na zabawę i spanie).