Wierszem z placu budowy

Goodnight, Goodnight, Construction Site, Little Excavator

Sherri Duskey Rinker, Tom Lichtenheld (i.), Goodnight, Goodnight, Construction Site, Snów kolorowych placu budowy (tłum. Joanna Wajs)

A: Chronicle Books, P: Nasza Księgarnia

Oto wszystkie maszyny na placu budowy układają się do snu. Pracowały dzielnie cały dzień, a teraz ogarnia je zmęczenie. Najpierw widzimy, jakie zadania wykonały: dźwig, betoniarka, wywrotka, spychacz i koparka, a potem mówimy każdej z maszyn „dobranoc”, by na koniec otrzymać zaproszenie do pójścia w ich ślady – tak wygląda cała opowieść rozłożona na 28 bogato ilustrowanych stronach. Zaznaczyć pozostaje, że tekst jest rymowany i raczej krótki – strofy zwykle nie przekraczają czterech wersów. To historia dla fanów pojazdów, nie znajdziesz w niej nic więcej poza osobliwym podejściem do pracy jako, uwaga!, niebywałej zabawy, którą z żalem się porzuca.

Mimo że jest to sympatyczna pozycja na dobranoc, jestem niezmiernie zaskoczona faktem, że ktoś podjął się wprowadzenia tej książki na polski rynek. Tłumaczenie wierszowanych opowieści jest nie lada wyzwaniem, szczególnie w przypadku przekładu z języka angielskiego, który jest bardzo rytmiczny i pozwala w zależności od potrzeb przesuwać akcenty, rozszerzać lub skracać liczbę sylab (może nie tak jak francuski, ale jednak). Mówiąc krótko: jak się nie jest Barańczakiem, który pisał nowy tekst, zamiast przekładać oryginał, to trudno z takiej rymowanki zrobić coś wartego uwagi. Widziałam kilka stron tłumaczenia – i ani nie jestem oburzona, ani zachwycona. Ale Twojemu dziecku nie polecam wersji polskiej – po co komu taki sztuczny twór? Lepiej czytać wierszyki, które zostały stworzone w danym języku, jeśli żadne dodatkowe treści nie uzasadniają sięgnięcia po tłumaczenie.

Anna Dewdney, Little Excavator

Wydawnictwo: Viking

Kolejne po „Goodnight, Goodnight, Construction Site” przygody na placu budowy – tym razem jednak pojawia się bohater, mała koparka, która chciałaby pracować tak, jak duże maszyny, ale a to gdzieś wpadnie, a to się przewróci, a to wjedzie pod… koła, oczywiście. Ciągle więc słyszy, że jest za mała i że musi poczekać, aż dorośnie – zdanie, którym częstujemy nasze maluchy po wielokroć. Pod koniec robót, które przekształcają zaśmieconą działkę w śliczny park dla okolicznych mieszkańców, okazuje się jednak, że do wykonania jest zadanie, z którym nie radzą sobie duże maszyny, a wówczas mała kopareczka spisuje się świetnie.

Krótkie, dwuwersowe strofy, urocze rysunki, sprytne wykorzystanie wewnętrznych stron okładkowych do pokazania „przed” i „po” placu budowy, a także mnóstwo onomatopei dodają jeszcze tej książce uroku. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla najmłodszych, którzy z chęcią posłuchają angielskiego wierszyka – wersji polskiej historii tym razem na szczęście brak.

Nawiasem mówiąc: porównanie „Goodnight…” i „Little Excavator” pokazuje, że prosty opis rzeczywistości nie porusza, potrzebny jest jeszcze każdej opowieści bohater, który mierzy się ze światem – w końcu lubimy się z kimś utożsamić albo po prostu trzymać za kogoś kciuki.

Alice Schertle, Jill McElmurry (ilustracje), Little Blue Truck

Little blue truck leads the way springtime christmas halloween

Wydawnictwo: Noisy Crow

Ciężarówka mogłaby nie robić nic, a i tak zachwycać chłopców, prawda? Zdaje mi się, że z tego założenia wyszły wydawnictwa w Polsce, wypuszczając serie z cudami w rodzaju „Dzielnego wozu strażackiego”. Otóż Mały Niebieski z anglojęzycznej książki jest inny. Po pierwsze, czuje się pełnoprawnym bohaterem, który ma przyjaciół wśród… uwaga! nie maszyn, a innych ulubieńców dzieci – zwierząt.  Po drugie, pokazuje wzorcowe postawy społeczne – pomaga w potrzebie, wyłamuje się z tłumu czyniących niezbyt mądrze. Po trzecie, uczy: liczenia, nazw zwierząt, pór roku.

Historie z podwórka Małej Niebieskiej Ciężarówki są rymowane, więc szybko zapadają w pamięć i można je recytować do ucha malucha już po wyłączeniu światła (a czasem i w środku nocy, co pewnie nie tylko ja znam z autopsji).

Seria obejmuje: klasyczne „Little Blue Truck”, “Little Blue Truck Leads the Way”, z otwieranymi okienkami: „Little Blue Truck’s Spring”, „Little Blue Truck’s Halloween”, z migoczącą choinką „Little Blue Truck’s Christmas” (te znamy) oraz “Good night Little Blue Truck”, “Little Blue Truck’s Valentine” i wydanie dla najmłodszych, z klaksonem i mięciutką ciężarówką “Little Blue Truck Beep Along”.

O czym pewnie czasem zapominasz, a fajnie, jakbyś pamiętał(a)

Poniżej dalszy ciąg porad “Jak zachęcić dziecko do książek”. Poprzednie części znajdziesz tu i tu.

osoba czytająca książkę czytelnik

Daj przykład. Banalna sprawa, a jednak sama łapię się nieraz na tym, że czytam w autobusie albo gdy Michał zaśnie, a niekoniecznie przy nim. Bo wystarczy, że po coś sięgnę, przybiega do mnie ze swoją książką. Przyznam, że o ile nie można mnie przekonać do oderwania się od lektury, by budować z klocków, o tyle książkę zawsze przeczytam – to moja „grzeszna” niekonsekwencja rodzicielska i jawny dowód na stronniczość (choć praktykuję przy tym „tylko doczytam…”, jak każdy normalny człowiek). Co jednak zrobić, żeby takie przeszkadzajki w trakcie naszego czytania nie drażniły? W końcu to wyjątkowo irytujące, gdy co człowieka prawdziwie pochłonie. Ja wybieram czasopisma, od których dużo łatwiej jest mi się oderwać niż od książki.

Przy różnych okazjach nawiązuj do książek, które czytasz z dzieckiem. To łatwe, bo po setkach czytań adekwatne do danej sytuacji wyrażenia ze znanych Wam historii same przyjdą Ci na myśl. Ale nie zapominaj też o przekładaniu informacji z książek na rzeczywistość Twojego dziecka – jak pyta o rury i kable, pokaż mu piony wodno-kanalizacyjne i zajrzyj do puszki; jak ciekawi go lawa, wyszukaj na youtube krótkie (!) nagranie erupcji wulkanicznej. Jak wskazuje na układ oddechowy, pokaż, gdzie są jej płuca, którędy biegnie tchawica, zauważ, że wciąga powietrze, i pooddychaj głośniej niż zwykle. Swoją drogą, czy widzieliście coś równie pięknego, jak twarz dziecka rozjaśniona uśmiechem na widok czegoś, co dotąd znało tylko z obrazka? (odpowiedź najprawdopodobniej brzmi: „Tak, radość z zobaczenia traktora po raz setny nawet”; ale wiesz, o co mi chodzi).

Rób kilka podejść do bardziej skomplikowanej książki i wchodź w nią etapami, zamiast brnąć od pierwszej do ostatniej strony na hurra. Może najpierw przejrzyj razem z dzieckiem obrazki i zatrzymaj się na tym, co je zainteresuje? Opowiedz zamiast czytać? Czytaj fragmenty tekstów zamiast całość? Nie mam tu na myśli zmuszania dziecka do czegoś, na co ono nie ma ochoty, a raczej fakt, że rodzicom zdarza się czasem zniechęcić dziecko do książki swoim sztywnym podejściem „od A do Z”. Pamiętam też, że w dzieciństwie tata podsumował mi pod nos gazetę i mówił „przeczytaj nagłówki, zobacz, może znajdziesz tam coś ciekawego dla siebie”.  I znajdowałam 🙂 Dlatego w zachęcaniu do różnych lektur, np. tych niepowiązanych ze strażakami czy koparkami, nie widzę nic złego.

Ian Falconer, Olivia… and the Missing Toy; Olivia

Olivia and the missing toy ian falconer

A: Atheneum, P: Egmont Polska: Olivia, Olivia i Orkiestra, nie znalazłam natomiast Olivii i zaginionej zabawki

Od pierwszego czytania mój syn pokochał ją tak, jak jeszcze żadnej. Ja ze strony na stronę popadałam w zdumienie, że można napisać i zilustrować książkę dla dzieci tak świetnie, jak tę dla dorosłych. Przyjemność obcowania z dziełem sztuki jest trudna do przekazania, ale zaraz postaram się opowiedzieć Ci, dlaczego musisz mieć którąś z nagrodzonych pozycji z serii Falconera.

Bo tak, jest to seria (o tytułowej Olivii), i to z wieloma nagrodami na koncie. Jej autorem jest projektant kostiumów i dekoracji teatralnych, a także ilustrator New Yorkera w jednym. Już to brzmi ciekawie, prawda?

Jeśli powiem, że bohaterką jest świnka, nie zrozumiesz. Zamiast tego powiem Ci więc, że główną rolę odgrywa w opowieści mała dziewczynka, której ulubiona zabawka ginie w tajemniczych okolicznościach w ułamku sekundy. Olivia odnajduje ją w strasznym stanie (i w równie strasznej scenerii), a potem naprawia; jeszcze tego samego wieczoru wybacza też winowajcy.

Nic wielkiego się nie wydarzyło. Ot, zwykła domowa przygoda jakich wiele.

Ano, nie. Po pierwsze, jako rodzice łapiemy w tle kilka ironicznych komentarzy do relacji dorosłego z dzieckiem, uśmiechając się przy tym cierpko, a nie np. rechocząc beztrosko. Może nawet rozpoznajemy Marthę Graham* na jednym z obrazów wiszących w domu Olivii albo uznajemy, że tytuły czytanych przez dziewczynkę książek są co najmniej zastanawiające. Po drugie, toniemy w zachwycających ilustracjach, które są monochromatyczne, ożywione tylko drobnymi zielonymi i czerwonymi elementami – a przy tym zdają się ruchome jak w komiksie (opowieści graficznej). Wśród fundowanych nam przez autora niespodzianek są np. nagłe zmiany perspektywy, elementy o ostrych konturach (wszystkie rysunki są w wykonane węglem i gwaszem, więc jest to uderzający kontrast), złożona ponadwymiarowa kartka pozwalająca obejrzeć pomieszczenie najpierw z jednej, a potem z drugiej strony, użycie niemal teatralnych dekoracji, gra ze światłem, przejścia między jedno- albo dwuplanszowymi stronami, a nawet zejścia postaci ze stron. Z tym współgra czcionka, która zwiększa się w zależności od tonu głosu postaci.

Każdy szczegół jest tu przemyślany, dopieszczony. Każda strona ma być tą najlepszą. Opowieść płynie swobodnie, ale we właściwym tempie. Nic dodać, nic ująć nie trzeba.

Mój syn chodzi z „Olivią” po mieszkaniu, jak z ukochaną przytulanką. Recytuje końcówki zdań z pamięci. Każe ją czytać setki razy, a jak skończymy – kładzie ją blisko przy sobie. Kiedy mu powiedziałam, że zamówiliśmy dwie inne części „Olivii”, jego oczy rozbłysły, chociaż nie spodziewa się przecież w kolejnych książkach żadnego placu budowy…  Miłość, po prostu.

P.S. Nie oglądaliśmy kreskówki. A Wy?

*Ja ją pomyliłam z Piną Bausch. Ale naprawdę nie o to chodzi, żeby wiedzieć, tylko o to, że czujesz, że chcesz sprawdzić 🙂

Ok. 35 zł na Book Depository pod linkiem: http://tidd.ly/3f40ce89 [to reflink, czyli jeśli klikniesz i dokonasz zakupu, BD podzieli się ze mną zyskiem]

Eric Carle, The Very Hungry Caterpillar, Bardzo głodna gąsienica, My first book…, Moja pierwsza książka…, From head to toes, Od stóp do głów, i inne

Eric Carle very hugry caterpillar, brown bear, from head to toe, my very first book
Trzy mistrzowskie i jedna… cóż, mniej udana. Zgadnij, która nie wzbudziła naszej miłości.

P: Wydawnictwo Tatarak, A: Henry Holt, Harper Collins, Penguin Books

Nie przepadam za jego rysunkami, nie uważam, jakoby „Bardzo głodna gąsienica” powinna znaleźć się na półce każdego dziecka, ale Erica Carle’a polecam gorąco najmłodszym w trzech mistrzowskich odsłonach.

Pierwsza to nieprzetłumaczona dotąd na polski książka „Brown Bear”. Prosta, bardzo rytmiczna  rymowanka  o powtarzalnej części, która uczy dziecko kolorów i zwierząt. Tekstu tam jak na lekarstwo, rysunek jest za to na obie strony, bardzo wyraźny. Może dziś jakiś tłumacz głowi się, jak stworzyć odpowiedni wierszyk w języku polskim? Oby! Dodam tylko, że współautorem tego cuda jest Bill Martin Jr.

Druga z polecanych to seria „Moja pierwsza książka”, która uczy kolorów, kształtów, słów i liczb. Strony tych książeczek podzielone są poziomo na pół – zadaniem rodzica jest przytrzymać górę i powiedzieć dziecku, czego ma szukać, a malucha – dopasować odpowiedni obrazek z dołu (i na odwrót). Kolory są namalowane w sposób nieoczywisty, z odcieniami, pełza po nich światło. Kształty są wzięte z rzeczywistości, niekoniecznie wyabstrahowane, więc wymagają zrozumienia pewnych pojęć (albo pozwalają znaleźć różne kształty w jednym rysunku), np. oko w kształcie migdału ma w sobie okrągłą źrenicę. Cyfrom towarzyszą kwadraty, które można wspólnie policzyć, nim się mały człowiek weźmie za szukanie odpowiedniej liczby owoców na swoich obrazkach (przy czym kwadraty ułożono w dwóch rzędach, każdy do pięciu, co pomaga zapamiętać wzrokowo, jaka wielkość grupy odpowiada której cyfrze – z tych gotowych obrazów mentalnych korzystamy na co dzień, nie licząc wszystkiego pojedynczo).

Trzecia książka, którą jesteśmy oboje z synem zachwyceni, to „Od stóp do głów”, pokazująca ruch, jaki potrafi wykonać jakieś zwierzę, i zachęcająca do pójścia w jego ślady. Odwracamy głowę, zginamy szyję, podnosimy ramiona, klaszczemy, a nawet wyginamy plecy w łuk. Taka mała gimnastyka z gorylem czy osłem. I tak, trzeba nagle porzucić lekturę i położyć się na dywanie – przyznam, że ja często oszukuję przy kocie i ośle, bo nie zawsze jestem gotowa na wygibasy.

Eric Carle miewa więc świetne pomysły, nie śmiałabym temu zaprzeczać. Ale im więcej zabiera głosu, czyli im więcej produkuje tekstu, tym bardziej staję się mu niechętna. Pewnej gąsienicy zmieniłabym np. tempo opowiadania na ostatnich stronach…

Mamy jeszcze Carle’a „The Grouchy Ladybug” o nieumiejącej się dzielić biedronce, której przygody odmierza tarcza zegara i „Rooster’s off to see the world” o kogucie zabierającym w podróż zwierzęta, dzięki którym możemy policzyć do pięciu – ale żadna nas nie wciąga, a już na pewno nie zachwyca (choć ta pierwsza ma też trochę niestandardowych wycinanek, które odróżniają ją od reszty). Co do innych książek – nie wiem zupełnie, może ukrywa się gdzieś jeszcze jedna perełka w twórczości tego autora? Jak usłyszę, dam znać. Ty też daj.

Najlepsze seriale komediowe

Te starsze znamy wszyscy (Przyjaciele, Latający Cyrk Monty Pythona), te młodsze już niekoniecznie. Stąd moja krótka przebieżka po najlepszych (moim bardzo skromnym zdaniem) serialach komediowych, które warto połknąć w całości. Dla porządku, mamy tu do czynienia z trzema grupami ludzi, którzy odpowiadają za potencjał humorystyczny:

  1. rodzina (My Family, American Housewide, Modern Family)
  2. paczka przyjaciół spotykająca się w barze (Seinfeld, Rules of Engagement, How I Met Your Mother)
  3. nerdowie vs. normalsi (IT Crowd, Big Bang Theory).

Jeśli któryś koncept Cię znudził, wybierz inny; jeśli któryś lubisz, idź do podobnego. I daj znać, co jeszcze powinnam wciągnąć na poniższą listę 🙂

My family

Brytyjski serial komediowy, którego pierwsze bodajże 8 sezonów to majstersztyk (potem zmieniono scenarzystów…). Poznajemy w nim ponurego dentystę i jego wspaniałą rodzinę: złośliwą żonę, interesowną córkę, mądrego beniaminka oraz niezwykle głupiego starszego syna (jeśli oglądaliście Love Actually, to grał go, i to w podobnym stylu, podbijający amerykańskie dziewczęta Colin, czyli aktor Kris Marshall).

Zdarzało mi się pauzować, żeby wyrechotać się do końca, nim mnie uderzy następny gag. Polecam dla wielbicieli czarnego humoru sączącego się ze świetnych dialogów

Rules of Engagement

Dwie mieszkające po sąsiedzku i zaprzyjaźnione ze sobą pary – jedna zaawansowana stażem, druga zmierzająca dopiero do ślubu – spotykają się codziennie w knajpce z kolegą, który jest singlem (w tej roli szalony David Spade).  To okazja do krytyki najprzeróżniejszych relacji łączących pełnych przywar ludzi, przedstawienia bitew między kobietami i mężczyznami w różnym wieku i o różnym temperamencie. No, ale co wyrabia postać grana przez Spade’a – leniwy syn miliardera, który myśli tylko o seksie – tego się nie da opowiedzieć.

Mój mąż do dziś używa cytatów z tego serialu, a ja polecam zwykle w pierwszej kolejności, bo to humor sytuacyjny gra tu pierwsze skrzypce, co przemawia do wszystkich.

American Housewife

Takie „My family”, tylko główną bohaterką jest złośliwa gospodyni domowa, której mąż jest dobroduszny i naiwny, a dzieci to bezdennie głupia córka, bezgranicznie chciwy syn i najmłodsza pociecha z poważnymi nerwicami. Chór stanowią dwie przyjaciółki, z których jedna jest doprowadzoną do skrajności matką-tygrysicą bez serca (komiczka Ali Wong, polecam jej stand-upy).

To ciepłe historie z miłym zakończeniem, ale dialogi bywają naprawdę cięte. Stanowi satyrę na nierówności społeczne, ale mówi też co nieco o rodzicielstwie.

Big Bang Theory

Grupa utytułowanych (naukowo) nerdów zderza się z piękną i sprytną kelnerką z marzeniami o aktorstwie (choć niezbyt dużym talentem) reprezentującą, wraz z inteligentną i złośliwą koleżanką, świat tzw. normalnych ludzi. Ich przygody to typowy humor sytuacyjny, ale w tle ciągną się historie miłosne, postaci dojrzewają, osiągają sukcesy i zaliczają życiowe porażki.

Trzyma wysoki poziom przez wszystkie sezony i dostarcza wzruszeń.

IT Crowd

Brytyjski humor sytuacyjny najwyższych lotów, dość absurdalny zresztą. Podobnie jak w „Big Bang Theory” mamy tu do czynienia z opozycją nerd – normals, przy czym za nerdów robią pracownicy działu informatycznego, a za normalsa – ich szefowa, która może nie zna się zupełnie na komputerach, ale za to troszkę lepiej radzi sobie z ludźmi (choć ta kwestia jednak staje wielokrotnie pod znakiem zapytania). Do wesołej gromadki trzeba dołączyć jeszcze ekscentrycznego (delikatnie rzecz ujmując) właściciela i prezesa firmy, którego z czasem zastępuje jego równie…hmmm… specyficzny syn… i mamy prawdziwe fajerwerki. Jednego z informatyków gra Richard Ayoade, którego można zobaczyć także w brytyjskim programie komediowym „Was it something I said?”, na który też warto zerknąć.

Modern Family

Kolejna rodzina, tym razem wielopokoleniowa, z całym przekrojem społecznym: od gejów wychowujących adoptowane w Azji dziecko, przez typową parę z trójką dzieci z amerykańskich przedmieść, po bogatego starszego ojca rodu, który poślubił o połowę młodszą od siebie piękność z Ameryki Południowej. Serial ma duże tempo, bo co i raz przygody tych 11 bohaterów przerywane są ich komentarzami wygłaszanymi do telewizyjnej kamery, która nagrywa materiał dokumentalny (dlaczego się tak dzieje, nikt nie dopowiada).  

Świetna satyra, bardzo wyraziste, może niekiedy karykaturalne wręcz postaci, a do tego bardzo staranna budowa każdego odcinka, w którym kilka równolegle biegnących wątków spotyka się w finale. Najbardziej familijny serial ze wszystkich tu wymienionych.

How I Met Your Mother

To już trzeci serial, w którym akcja powraca regularnie do baru (pod spodem jeszcze kandydat nr 4). Paczka przyjaciół na podobieństwo… Przyjaciół (Friends) łączy się w pary, szuka miłości i spełnienia w życiu. Narrację prowadzi niepoprawny romantyk, który opowiada dzieciom, jak poznał ich matkę – przy czym jego monolog trwa 10 sezonów. Mamy w tej grupie poczciwych ludzi z małymi słabościami, które pakują ich w kłopoty, oraz postać niezłomnego singla, który zalicza kobiety dla sportu – w tej roli wypłynął ponownie na szersze wody (popularności) pamiętny Doogie Howser, czyli Neil Patrick Harris.

Już pod koniec wymuszony, ale mimo wszystko udany serial. Czasem więcej w nim wzruszeń niż śmiechu, jak w Przyjaciołach.

Seinfeld

Komik z Nowego Jorku spotyka się w domu lub barze szybkiej obsługi z paczką znajomych: Elaine i Georgem oraz ekscentrycznym sąsiadem Kramerem. W sumie serial sprowadza się do pokazania zwykłych zdarzeń z ich życia, które owe postaci komentują w rozmowie, pokazując się przy tym od najgorszej strony. To zdecydowanie jedyny serial komediowy, jaki znam, który ma antypatycznych bohaterów z założenia.

W każdym odcinku znajdują się fragmenty występu Seinfelda (ten format skopiował potem Louis C.K.) – i to jest chyba klucz do tego serialu. Tak jak w stand-upie, gdzie śmieszą nas wypowiedziane na scenie najgorsze myśli albo anegdoty o najbardziej bezczelnych i wrednych zachowaniach łamiących społeczne tabu, w “Seinfeldzie”słyszymy szczerych do bólu ludzi analizujących bez wstydu swoje pozbawione empatii podejście do innych, widzimy też ich najgłupsze możliwe zachowania.

Norman Bridwell, Clifford the Big Red Dog, Clifford Wielki Czerwony Pies

clifford book cover okładka
Clifford w wydaniu olbrzyma i miniaturki bawiącej się bombką choinkową.

A – Scholastic, P – Znak

Seria książek o Cliffordzie to przede wszystkim ogromna dawka humoru. Głównym źródłem dowcipu jest zachowanie psa o nieprzeciętnych rozmiarach – w wersji mini, jako niesamowicie maleńkiego szczeniaczka,  albo w wersji maxi – psiaka większego niż dom, który jest w stanie podnieść samochód czy zniszczyć buldożer. W jednej z opowieści maleńki Clifford bawi się w olbrzyma z zabawkową kolejką czy domem dla lalek – i jest to idealne podsumowanie jego przyszłych relacji z otoczeniem 🙂

Efekt humorystyczny potęgują teksty pisane z naiwnej perspektywy dziecka (jak w „Mikołajku”), które używane są do wytworzenia kontrastu z ilustracjami lub jedynie dopowiedzenia tego, co widoczne jest na obrazku. Mimo że teksty te są krótkie, same książki przeznaczono dla starszych dzieci (4+), bo wymagają bardziej rozwiniętej teorii umysłu* (np. domyślenia się, dlaczego malarz myli małego żółtego psa z wielkim Cliffordem po tym, gdy na tego pierwszego spadła puszka czerwonej farby). Jednak mój dwulatek je uwielbia i śmieje się z mniej wyrafinowanych dowcipów, których też nie brakuje.

Przygody Clifforda są starannie skrojone pod dzieci: a to trafi się gdzieś pożar i gaszący go strażacy, a to zabawa na placu budowy; do tego pełno potknięć i upadków, a także tornado zniszczeń. Jeśli z jakiegoś powodu brzmi to dla Ciebie jak zabawy chłopięce, zapewniam, że towarzyszka psa, nazwana na cześć córki autora Emily Elisabeth, pcha wózek (tyle że z prawdziwym kotkiem), przebiera się za wróżkę, a na Boże Narodzenie dostaje bobasa z kompletem ubranek. Powiedziałabym, że Bridwell zręcznie buduje postać prawdziwego dziecka, które nie przejmuje się stereotypami dotyczącymi płci i robi to, co sprawia mu (jej) przyjemność.

Seria o Cliffordzie to czysta rozrywka, raczej nie pobudza do rozmów, nie ma walorów edukacyjnych, poza może pokazywaniem, do czego może doprowadzić szczenięcy brak rozwagi  (choć w książce konsekwencje wszelkich zniszczeń są stale pomijane). To książki, które przepełnia magia opowieści beztroskiej, nieniosące żadnego morału, ale potrafiące zawładnąć wyobraźnią (i czasem wywołujące uśmiech nawet na twarzy rodzica). Natomiast muszę zaznaczyć, że seria jest bardzo nierówna – jedne książki są błyskotliwe i zabawne, inne… cóż, na poziomie potrzeb dwulatków.

Muszę zaznaczyć, że w serii pojawiły się też pozycje edukacyjne – Clifford uczy liczyć do dziesięciu, a także prezentuje angielski alfabet. Jestem fanką szczególnie tej pierwszej pozycji, bo jest napisana jako kolejna opowieść, a samo liczenie przy większych liczbach odbywa się także partiami (np. 10 jest podzielone na 3+3+4). Natomiast nie wiem, czy ukazała się ta część i w polskiej wersji.

Z ciekawostek: Clifford powstał w 1963 r., gdy Bridwell został odprawiony przez wydawców z pouczeniem, że ilustrować książek dla dzieci to on nie umie, więc jeśli chce to robić, musi je sobie napisać sam. W ciągu 50 lat stworzył ok. 90 tytułów. My mamy części pisane przed 1998 r., więc nie jestem w stanie wypowiedzieć się o tych młodszych, osadzonych zapewne w bardziej współczesnych realiach, ale i pisanych z większym wysiłkiem twórczym. Nie oglądamy też animowanej wersji Clifforda – to pozostawiam Wam do okrycia na własną rękę.

Więcej zdjęć na instagramie: @mi.sto.ry.pl

O psim bohaterze dla młodszych dzieci przeczytasz tu.

*Teoria umysłu to nasze wyobrażenie o tym, co inni czują i wiedzą. Wykształca się powoli, dlatego małe dzieci można przyłapać na co najmniej dziwnych zachowaniach. Np. syn mojej koleżanki, będąc na wyjeździe, mówił jej przez telefon, żeby dzwoniła do niego, jak on już jest w łóżku, a nie wtedy, gdy się jeszcze bawi – czyli zakładał, że ona wie i widzi dokładnie to, co on (dla rozwiania wszelkich wątpliwości: nie było określonych co do minuty pór na zabawę i spanie).

Rotraut Susanne Berner, Wiosna / Lato / Jesień / Zima / Noc na ulicy Czereśniowej, In the Town All Year ‘Round (All Around Bustletown: Spring…)

wiosna na ulicy czereśniowej wydawnictwo dwie siostry
Jeśli w czasie trwającej właśnie epidemii nie masz jak pokazać dziecku z okna, jak wygląda wiosna, tu znajdziesz świetny materiał dydaktyczny. Obyśmy nie musieli w tym samym celu sięgać po Lato, Zimę i Wiosnę na ulicy Czereśniowej…

P: Wydawnictwo Dwie Siostry, A: Chronicle Books, Prestel Junior

Historie w obrazkach pokazujące upływ czasu mierzony godzinami, porami dnia i roku. Poznajemy je na kilku bogato ilustrowanych stronach, gdzie przedstawiono scenki z życia miasta, przez które ciągnie się tytułowa ulica Czereśniowa.

Rysunki Berner zachęcają do opowiadania i stają się pretekstem do rozmowy na wiele tematów, co wydaje mi się ważniejsze dla rozwoju małego dziecka niż gotowe teksty.  Czereśniowa seria daje też wiele satysfakcji i młodszym, i dorosłym detektywom, którzy rozszyfrowują zagadki, odczytują ślady i idą za nimi po mieście (dla niecierpliwych na okładce umieszczono podpowiedzi, których wątków szukać). Ale książki Berner to nie ćwiczenie z następstwa zdarzeń czy uważności, ale pełnoprawna książka edukacyjna dla każdego malucha. Uczy podstawowych cykli przyrody; daje szansę podejrzeć, jak się buduje, hoduje zwierzęta, warzywa i owoce, obchodzi święta (od urodzin przez Boże Narodzenie po niemieckie święto światła na jesieni), wyjaśnia, kim jest złodziej, jak działa w bloku akustyka, co się robi z przebitą oponą w rowerze etc. Koncentruje się przy tym na świecie, który jest dziecku bliski – ulicy, bloku, parku, sklepie, domu kultury.

Berner wiernie odwzorowuje  rzeczywistość, co jest szczególnie istotne w przypadku najmłodszych, którzy jeszcze się uczą otaczającego je świata. Dla porównania – w jednej z podobnych książek obrazkowych w ludzi wcielają się zwierzęta, co rodzi tak kuriozalne sytuacje, jak trzymanie króliczka w klatce na jednej stronie (hodowla na futerko tudzież obiad) i obsadzenie go w roli dziecka bawiącego się w przedszkolu na stronie następnej.

Seria Look Inside, Bez tajemnic

Look inside by Usborne Olejsiuk wydawnictwo Świat bez tajemnic Our world
Ulubiona książka Michała z tej serii – “Nauka bez tajemnic” – nieobecna na zdjęciu, tak jak ze 20 innych tytułów, których (jeszcze) nie kupiliśmy (ale na pewno kupimy).

A: Usborne, P: Olejsiuk

Najlepsza seria edukacyjna, jaką znajdziesz na rynku. Jej największym atutem jest kreatywne podejście do konstrukcji książki: otóż dobrze znane maluchom otwierane „okienka” są w niej wykorzystane tak, aby pokazać upływ czasu, warstwy, z których składają się różne obiekty, albo rozwiązania alternatywne. Dzięki nim możesz obserwować, jak drzewo zapuszcza korzenie, zajrzeć, co kryje się we wnętrzu Ziemi, tosterze albo kolejno: pod skórą, mięśniami i żebrami człowieka; dowiesz się też np., że dom można ogrzać w dwojaki sposób: za pomocą kaloryferów lub klimatyzacji. Książki zawierają elementy przesuwane (mechanik używa podnośnika, kości „pracują”), zginane (maszyna miażdży samochód), rozkładane (postępująca budowa drapacza chmur), przy czym czuć, że nie są one obliczone na efekt, ale naprawdę wspierają odbiór treści. 

Look inside cars
“Maśsia” [czyt. maszyna] z małą pomocą ręki Michała miażdży samochód. Zwróć uwagę na dźwignię, którą przesunęliśmy symbolicznie w dół.

Wszystkie tematy są podane przystępnie, tak że nawet mój dwulatek rozumie, co się dzieje na obrazkach (ze sporadyczną pomocą YouTube’a). Oczywiście ilustracje dominują nad tekstem, co pomaga dziecięcej wyobraźni. * Co miłe, niektórzy autorzy serii nie stronią od humorystycznych wstawek – czytelnicy mogą otworzyć TOI TOI i zobaczyć reakcję siedzącego tam oburzonego budowlańca, przyłapać kogoś na ucinaniu sobie drzemki w pracy albo popijaniu herbatki. Część książek zachęca też dzieci do eksperymentowania – tu dodam, że świetnie bawiliśmy się z Michałem np. przy zmniejszaniu siły tarcia.

Cała seria obejmuje mnóstwo zagadnień;  u nas oprócz „Świata…” (planeta, obieg wody, dżungla, woda, pustynia, Antarktyka, ludzie: jedzenie, elektryczność, budowa, śmieci;  mapa) i „Ciała bez tajemnic” (jedzenie, oddychanie, krążenie, układ szkieletowy i mięśniowy, mózg, narządy zmysłu, dorastanie i zdrowienie)  królują: „Building Site” (budowa domu, drapacza chmur, mostu, metra, drogi; rozbiórka; maszyny budowlane), „Cars” (montaż, działanie, naprawa, wyścigi, historia motoryzacji, złomowanie), „Nauka bez tajemnic” (materiałoznawstwo, dźwięk, światło, siły fizyczne, stany skupienia, rośliny, ciało, Ziemia i kosmos) i „How things work” (od dźwigni i bloczków, przez pojazdy, statki i obiekty latające po AGD, maszyny budowlane i rolnicze oraz ratownicze). Natomiast na tym etapie nie cieszą się powodzeniem: „Space”, „Animal Homes” i inne pozycje z serii poświęcone przyrodzie (po polsku np. „Przyroda bez tajemnic” ) – ale pamiętajmy, że książki adresowane są do grupy wiekowej 4+, myślę więc, że wszystko przed nami. Będziemy się też zaopatrywać w przyszłości w inne tytuły, np.” Living Long Ago” (świetnie pokazana historia) czy „Jedzenie bez tajemnic”, ale pamiętaj, że opracowanych tematów jest naprawdę mnóstwo: komputery, pociągi, samoloty, różne epoki, sporty, zawody itd. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Muszę przyznać, że niektóre książki powtarzają informacje z innych, jeśli więc na początek chcesz kupić tylko jedną z pozycji, polecam te przekrojowe (jak „Świat bez tajemnic”) zamiast tematycznych (jak „Ciało bez tajemnic”). Natomiast jestem przekonana, że na jednej w Twoim domu się nie skończy…

* Ciekawostka: „Świat bez tajemnic” narysowała Polka: Marianna Oklejak, współautorka serii o Basi.  Jej kreska w tym wydaniu jest jednak, moim zdaniem, bardziej wdzięczna niż ta w polskim bestsellerze – a może po prostu lepiej się sprawdza.

Elementary vs. Sherlock, czyli dwa spojrzenia na klasykę sir Conan Doyle’a

W kategorii „dajcie mi coś do obejrzenia” oba seriale idą łeb w łeb, możesz usiąść wygodnie (w autobusie, bo w metrze tłumy) i oddać się w ręce amerykańskich i brytyjskich speców od rozrywki. Dwie uwspółcześnione wersje Sherlocka Holmesa to zupełnie różne opowieści, z pełnymi wdzięku aktorami w roli detektywa, rozegrane tak, by prowadzić widza przez kolejne mało wiarygodne zdarzenia.

Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej „Sherlockowi” , okaże się, że dr Watsona z powodzeniem mógłby zastąpić dowolny kawałek drewna, większość odcinków nabito bez umiaru fajerwerkami, które w dodatku nie zawsze potrafią przyćmić mankamenty fabuły, a wiele zachowań bohaterów dopomina się co najmniej o wyjaśnienie. O skali problemów niech świadczy fakt, że czasem Benedict Cumberbatch (Holmes) próbuje je zatuszować zwiększoną ekspresją i wypada nagle zupełnie niewiarygodnie, jakby wyszedł przez chwilę ze świetnie skonstruowanej postaci.

[Uwaga! Tu już zaczynam spojlerowanie.]

Najwięcej widać jednak, gdy porównamy wysiłki scenarzystów obu seriali – jedni dokonali twórczej reinterpretacji opowieści Conan Doyle’a, drudzy uwspółcześnili jedynie scenografię. Pokażę Ci to na przykładzie kobiecych bohaterek, które, jak wiemy, przez całe milenia najczęściej występowały w takich historiach tylko w stronie biernej. „Sherlock” pozostaje typowo męskim światem, ze stereotypową podającą herbatę starszą panią, o którą należy się martwić (właścicielka mieszkania), najemną zabójczynią o gołębim sercu, która może i ma wszędzie na świecie ukryte paszporty i pieniądze, ale uciekając nie wpada na to, że może mieć przy sobie urządzenie śledzące (pani Watson), szantażystką femme fatale, którą trzeba ratować z opresji (Irene Adler), durzącą się po pensjonarsku w Sherlocku i odbębniającą nudną robotę pomocą (laborantka Molly), a w końcu także genialną psychopatką, która okazuje się zagubioną, poszukującą pomocy u braci dziewczynką (siostra Holmes).  Natomiast „Elementary” przywraca równowagę: mamy i świetnego Sherlocka, i mądrego komisarza policji, i safandułowatego Mycrofta, i inteligentną dr Watson (świetna Lucy Liu), i miłość życia, a jednocześnie nemezis detektywa – Irene Adler vel Moriarty (jakże cudowny punkt wyjścia do budowania napięcia, złożonych postaci, trudnych emocji!).  Gdybym powiedziała: „hej, świat ze stereotypowym przedstawieniem kobiet jest po prostu nudny, a wystarczy dodać „prawdziwe” bohaterki i historia od razu nabiera smaku i tempa”, to byłoby to pewnie uproszczenie, – ale wiesz, to jest blog, mogę wszystko, szczególnie że dochodzi wpół do jedenastej, a ja mam anginę ropną jako powikłanie po grypie, i w ramach kwarantanny okołokoronawirusowej trzymam się z dala od SORu.

W każdym razie – jeśli mamy dziś początek końca świata, to proponuję Ci w pierwszej kolejności zasiąść do „Elementary”. Naprawdę warto.