Zabawna i ciepła historia przyjaźni chłopca i robota, którzy wskutek serii nieporozumień próbują pomóc sobie nawzajem. Najpierw chłopiec stara się zaopiekować robotem, który, turlając się z górki, uderza przyciskiem zasilania w kamień, potem robot postanawia naprawić chłopca, który… zasnął.
Opowieść jest krótka i dynamiczna, rysunki przyjemne. Pojawia się szczypta humoru, bo obie postaci wykorzystują „skrypty” pomocy, jakie znają: np. chłopiec karmi robota, czyta mu na dobranoc, a potem otula kołderką (teraz wyobraź sobie, co robi z chłopcem robot …).
Ta książka jest niepozorna, takie lekkie niby nic, ale dla dziecka to bardzo ciekawy punkt wyjścia do zrozumienia, że choć możemy się zaprzyjaźnić i świetnie razem bawić, to nadal jesteśmy różni i mamy inną perspektywę – czytaj: traktowanie innych wedle swoich własnych potrzeb i oczekiwań nie jest zawsze dobrym pomysłem.
Często zachęcamy dzieci do empatii, pytając, co czułyby na czyimś miejscu. Upodabniamy w ten sposób innych do nas. Rzadko natomiast mamy okazję do rozmowy o tym, że ludzie mogą wymagać zupełnie innej „instrukcji obsługi” niż my. Dlatego duże brawa dla autorki za zgrabne poruszenie tematu, interesującego nie tylko poszukujące terapii małżeństwa, ale też dziecko, któremu będzie łatwiej, gdy rozszyfruje tę zagadkę jak najwcześniej.
P.S. Pojawiły się pytania dotyczące cen książek. Postaram się podawać te z brytyjskiego Amazona, na którym sama zamawiam. Ta książka kosztuje razem z przesyłką ok. 44,50zł – https://amzn.to/36cKzMC Jest to reflink (jeśli kupisz książkę po kliknięciu w link, Amazon podzieli się ze mną częścią dochodu).
Jeśli jeszcze nie skojarzyliście, że w tytule zamiast tyranozaura pojawia się tezaurus, to teraz przyszedł idealny moment, bowiem ta opowieść o dniu pewnego małego dinozaura (w domyśle: dziecka poniżej 3 r.ż.*) na każdej rozkładówce sprytnie rozszerza słownictwo z wybranego tematu. W jednym miejscu mamy odmiany ślizgania się (slip, slither, skid, slide and glide), pałaszowania (eat, munch, crunch, nibble, gnaw, chomp) czy skakania (leap, bounce, jump, spring) , ujęte w zgrabnej rymowance, która z powodzeniem oddaje poczynania małego T. Rexa często zakończone… wypadkami przy poznawaniu świata – a to pękają spodnie, a to wylewa się mleko, a to z jakiegoś powodu stopy lądują w wodzie. Historia kończy się w łóżku, w którym dinozaur zasypia, otulony przez mamę kołderką.
Teksty są krótkie i wierszowane, przygody naładowane humorem. Duże i wyraziste rysunki przedstawiają dinozaury łudząco podobne do ludzi, co zaznaczono nie tylko świetną mimiką postaci, ale i atrybutami w rodzaju lunety czy kubka mleka ze słomką – łatwo się dziecku z takim T. Rexem utożsamić.
Oboje z synem uwielbialiśmy tę książkę. Myślę, że każde małe dziecko i jego rodzic znajdzie w niej podsumowanie pełnego odkryć dnia i uśmiechnie się też nieraz przy lekturze.
*Kiedyś ktoś przy mnie narzekał, że nie ma w języku polskim słowa toddler, a bardzo brakuje. Za każdym razem, gdy muszę określić toddlera opisowo „dzieckiem do 3 r.ż.”, coś we mnie upada. Może jest jakieś słowo, którego nie znam? Podpowiesz?
P.S. Na Book Depository kupisz ją za ok. 37zł http://tidd.ly/4efacff6 [to reflink, czyli jak klikniesz weń i dokonasz zakupu, BD podzieli się ze mną zyskiem]
Mój syn czasem wraca do swoich ulubionych lektur sprzed kilku miesięcy, ale po jednym czytaniu je zwykle porzuca. Tym razem jednak odnalazł książkę, za którą nie przepadał, i wraca do niej raz po raz. Nie dlatego, że jest to historia śmieszna albo wzruszająca, i nie dlatego, że dotyczy koparek albo lodów.
Otóż mały niedźwiadek Bernard postanawia pobawić się sam, podczas gdy mama i tata zajęci są własnymi sprawami. Niestety, wpada od razu w tarapaty, z których rodzice muszą go ratować. Gdy po raz kolejny próbuje swoich sił, a to zwycięża strach, a to brakuje mu umiejętności; nie wychodzi mu też wspólna zabawa z innymi zwierzętami. W pewnym momencie znajduje się jednak w trudnym położeniu, i tym razem, mimo że wzywa na pomoc rodziców podobnie jak na początku opowieści, niedźwiadek zdaje sobie sprawę, że zaszła w nim pewna mała, acz znacząca zmiana.
To u nas druga książka po „Little Exacavator”, która opowiada o trudach bycia małym w świecie dorosłych. Z tym że o ile małej koparce trafia się w końcu zadanie, dzięki któremu może się poczuć potrzebna taka, jaka jest, o tyle Bernard się zmienia, stawiając pierwszy krok ku byciu „dużym” – a potem wycofuje się w bezpieczne ramiona rodziców. Podkreślam ten powrót do status quo, bo podoba mi się, że autor pozwala niedźwiadkowi nabyć nowe umiejętności, popróbować, jak to jest być dorosłym, ale nie każe mu od razu zatrzasnąć za sobą drzwi i przejść do następnego etapu.
Nauka samodzielności i powolne wychodzenie spod skrzydeł rodziców do świata to duże emocje, z którymi dziecko mierzy się samo. Oczywiście, że je wspieramy, cieszymy się z każdej nowej umiejętności i zachęcamy do kolejnej, staramy się towarzyszyć tak, aby nie przeszkadzać, przytulamy, gdy frustracja albo strach narastają, i gdy trzeba, ratujemy z opałów. Ale emocji jest wiele, różnych, naraz; nie każdą potrafimy dostrzec, a co dopiero zrozumieć. Dlatego zdaje mi się, że mojemu Michałowi Bernard pomaga uporać się z czymś, czego już dawno nie pamiętam. Mogłabym nazwać to coś strachem, rozczarowaniem, frustracją, niepokojem, ale nie wiem, co się właściwie dzieje w głowie mojego syna, kiedy bierze wiaderko i rusza na brzeg nabrać wody – sam pośród innych dzieci i dorosłych. Natomiast wiem, że wybierze dziś na dobranoc opowieść o pewnym małym niedźwiadku…
I tu bym zakończyła recenzję, gdyby nie rysunki, bo o nich kilka słów też się należy. Są bardzo przyjemne i nieraz zabawne nawet, emocje na pyszczkach uchwycone celnie, a mimo to mam ciągle wrażenie, że trochę nudno jest. Paleta kolorów ograniczona, ale naprawdę z poczuciem głębokim estetyki, czuć zamysł. Zdaje mi się zatem, że problem tkwi w tym, że za wiele powstało ilustracji po prostu – i zabrakło pomysłów na ich urozmaicenie.
Świadome uczenie (się) wymaga wysiłku. Natomiast mówienie do dziecka w danym języku i przyswajanie przez dziecko drugiego języka w sposób naturalny ten wysiłek minimalizują. Czytaj: ja się obijam, dziecko się nie wysila, a i tak będzie mówić biegle w drugim języku.
W moim domu oglądamy, czytamy, żartujemy ( a nawet wydajemy polecenia głosowe urządzeniom) także w języku angielskim. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby nasze dziecko czuło się wyłączone z tego aż do momentu, gdy nauczy się angielskiego w szkole.
Odkąd jest Internet, język globalny stał się może nie tyle niezbędny, co raczej niezwykle użyteczny. Możemy porozumieć się z całym światem, słuchać, uczyć się od innych, ale też dzielić swoimi pomysłami, spojrzeniem na ludzi i rzeczywistość. To po prostu piękne i ciekawe.
Kiedy trafiłam na studia (filologia angielska), okazało się na pewnych ćwiczeniach, że byłam jedyną osobą w grupie, która rozpoczęła naukę drugiego języka późno, bo w wieku 12 lat – wszyscy pozostali mieli zajęcia od przedszkola. Potem tak się złożyło, że przez jakiś czas uczyłam małe dzieci, takie nawet ok. drugiego roku życia, i byłam zachwycona tym, jak to działa; widziałam też, że jeśli uczenie odbywało się raz w tygodniu, to wyniki były marne. Zdarzało mi się również uczyć dorosłych wymowy – na ich wyraźne życzenie. Okazywało się wówczas, że nawet przez wstępne dźwięki ludzie nie chcieli przejść, a co dopiero przez kolejne etapy „wtajemniczenia”, które wymagały używania dwóch różnych sposobów wypowiadania słów i zdań.
Każdy może wyciągnąć z tych obserwacji własne wnioski. Ja uznałam, że skoro mogę jak każdy inny rodzic podzielić się ze swoim dzieckiem tym, co umiem, to powinnam to zrobić, bo raz, że to może okazać się naszym wspólnym hobby, a dwa, że przy okazji mogę nieco ułatwić dziecku życie. Jedni śpiewają, drudzy uprawiają sport, inni rysują, jeszcze inni podróżują z zapałem i gotują wyśmienicie, a ja akurat używam dość swobodnie drugiego języka – i mogę za jego pomocą pokazywać dziecku trochę więcej świata.
5. Są też techniczne zalety naszego eksperymentu: dla mnie to świetna nauka, codzienna praktyka, trochę wyzwanie, a przy okazji sposób na wprowadzenie rozrywki do rodzicielskiego losu (czytanie wielokrotne, kiedy ćwiczysz wymowę, jest wprost niezastąpione), dla mojego dziecka – podobno szybszy rozwój poznawczy i językowy (dzieci dwujęzyczne wcześnie zderzają się np. z faktem, że między przedmiotem a jego nazwą nie ma żadnego połączenia) oraz dostęp do większej ilości świetnych materiałów (książki, piosenki, bajki, filmy); dla mojego męża – permanentne szkolenie językowe 🙂
Jakie widzę minusy, tudzież tymczasowe trudności:
Dziadkowie nie mówią po angielsku, a nim mój syn zrozumie, że do nich należy zwracać się tylko po polsku, mamy sytuację, w której ja tłumaczę, co mówi ich wnuk. Jest nam trochę przykro z tego powodu.
Mówienie w obcym języku jest wyzwaniem dla mojego męża. Muszę jednak zauważyć, że coraz mniejszym.
Droga do dwujęzyczności i związany z nią mniejszy zasób słownictwa pasywnego mogą dostarczyć mojemu dziecku dodatkowych okazji do frustracji.
Nikt nie wie, czym zakończony się ten eksperyment ani nawet ile potrwa.
Tłumaczenie otoczeniu, czym jest dwujęzyczność zamierzona albo że tak, mówimy po polsku, wymaga wysiłku. Tak samo jak zderzanie się z brakiem akceptacji / zrozumienia dla naszego wyboru. Wysiłku wymaga też rozwiązywanie problemów technicznych, które pojawiają się w związku z dwujęzycznością – na pewno jest więcej niestandardowych decyzji do podjęcia.
Ciekawa lektura i dla młodszych, którzy lubią otwierać okienka, słuchać onomatopei i poznawać zwierzątka, jak i dla starszych – fanów kolejnictwa, którzy dostają na rysunkach pełny opis wszystkich, nawet najmniejszych, elementów pociągu. Książka opowiada o maszyniście, tytułowym panu Little, który miał właśnie rozpocząć przewóz towarów kierowanym przez siebie pociągiem, gdy usłyszał dziwne dźwięki dobiegające a to z przodu lokomotywy, a to z poszczególnych wagonów. Idzie więc zajrzeć, co się dzieje, a my – razem z nim. Zastaje m.in. ślizgającego się na lodzie niedźwiedzia polarnego i biorącego kąpiel aligatora.
Każdy tekst kończy się dopiero na wewnętrznej stronie okienka, które otwiera dziecko, by zajrzeć do poszczególnych części maszyny, więc rodzic nie jest w stanie zrujnować niespodzianki, a pociecha może mieć poczucie większego zaangażowania w proces czytania. Koniec historii, gdy pan Little musi biec do ruszającej lokomotywy, zawiera tak miłe dzieciom powtórzenie wszystkich występujących w opowieści postaci, tylko podanych w odwrotnej kolejności.
W serii ukazały się także Mr. Little’s Noisy… Car, Boat i Plane – niestety, zamysł w nich jest ten sam, więc radziłabym wybrać środek transportu, który mocno przypadł dziecku do gustu, i zakupić tylko jedną z książek.
P.S. Przypominam, że więcej zdjęć na instagramowym @mi.sto.ry.pl
Często widujesz na okładkach książek czy w różnego rodzaju recenzjach oznaczenia wiekowe, które pozwalają Ci szybko się zorientować, dla jakiego dziecka dana pozycja została stworzona. To przyjazny system wskazówek, który jednak nie uwzględnia faktu, że dzieci rozwijają się w różnym tempie, a z samych lektur można wyciągać różne rzeczy w zależności od potrzeb czytelników. Dlatego nie jestem fanką kategorycznego trzymania się oznaczeń; zachęcałam też już Ciebie na tym blogu do podsuwania czasem dziecku pod nos książek oczko bardziej skomplikowanych. Dziś proponuję podzielić książki w troszkę inny sposób, tak trochę po darwinowsku. Jeśli właśnie oczekujesz pierwszego dziecka albo Twój maluch nie skończył trzech lat, poniższa lista podpowie Ci, czym się kierować przy wyborze książek dla Twojej pociechy.
Etap 1
Pierwsze książki dla niemowląt są często czarno-białe, mocno kontrastowe, po to, by przyciągnąć niezbyt dobrze sobie jeszcze radzący wzrok dziecka. Zawierają jeden duży obrazek na każdej stronie.
Etap 2
Wchodzi kolor, a z czasem i elementy pobudzające do interakcji: wykonane z materiału książeczki szeleszczą i dają się pociągnąć za wystającą wstążeczkę.
Etap 3
Pojawiają się krótkie rymowanki, których melodii słucha się z przyjemnością, nawet jeśli nic się z nich nie rozumie, oraz kolejne elementy do dotykania, głaskania, otwierania, naciskania (żeby odtworzyć dźwięk). Tekst zamyka się w jednym zdaniu na stronę. Ilustracje się powoli rozbudowują do kilku elementów na kartkę.
Etap 4
Tekstu przybywa (2-3 zdania na stronę), ale nadal ilustracje są dominujące.
Etap 5
Niby na stronie tekstu więcej, ale służy on do czytania selektywnego, a nie ciągłego. Tak wyglądają książki objaśniające świat, które podzielone są na sekcje, np. otwieranymi okienkami. W praktyce czytasz po 1-2 zdania przy jednym temacie, ale nie przekładasz strony, czyli dziecko patrzy dłużej na te same rysunki, przenosząc uwagę z miejsca na miejsce.
Etap 6
Tekst rośnie do ok. 6-8 zdań na stronę, zajmując ćwierć kartki (wierszowane więcej). Co ciekawe, liczba stron z tekstem może przekroczyć dwadzieścia.
Mój syn na razie zatrzymał się na tym etapie, ale nie muszę dopowiadać, co będzie dalej, bo już masz wyobrażenie, jak książka ewoluuje – rośnie tekst, potem się ów tekst komplikuje. Co ważne, dziecko czerpie zwykle z kilku etapów naraz, doceniając zarówno krótsze rymowanki, jak i dłuższe opowieści.
Oczywiście, znajdziesz książki, które mimo zgodności „technicznej” z powyższymi opisami, są zarezerwowane dla starszych dzieci, a nawet dorosłych, bo wymagają bardziej zaawansowanych możliwości kognitywnych, tj. np. umiejętności wyobrażenia sobie, jak działa człowiek i świat (wbrew pozorom, nabywamy takie umiejętności bardzo długo, do 6-7 r.ż.), a także znajomości określonych pojęć czy zjawisk. O ile na to pierwsze nie mamy wpływu (ale nadal nie jest to proces rozłożony w czasie dokładnie tak samo u wszystkich, co chciałabym podkreślić), to drugie już bywa bardzo zróżnicowane w zależności od doświadczenia dziecka. Brzmi to skomplikowanie, więc może uproszczę na przykładach. W książkach o psie Cliffordzie często pojawia się humor bazujący na tym, że ktoś wyciąga wnioski na podstawie tego, co wie, podczas gdy czytelnik widzi więcej. Tymczasem mój dwulatek jest przekonany, że każdy wie dokładnie to samo, co on, nie jest więc w stanie pojąć dowcipu. I nic tego nie zmieni, nie wytłumaczę mu, jego mózg musi sam opracować „teorię (cudzego) umysłu” i ma na to jeszcze trochę czasu. Przykład do problemu drugiego: czytamy ostatnio książkę, która posługuje się słowami „ciecz” i „gaz”, ale tak się składa, że wcześniej przeszliśmy przez wielką miłość mojego syna do książki o nauce, która tłumaczyła różne stany skupienia na przykładzie wody, a potem również książkę o pogodzie (obieg wody w przyrodzie, atmosfera), a także książkę o paliwach kopalnych i ich szkodliwości dla planety – mamy więc za sobą wiele cieczy i gazów użytych w wielu kontekstach.
Nazwisko nie jest przypadkowe, to książka napisana i zilustrowana przez wnuka „tego” Hemingwaya. Na szczęście sława dziadka nie była potrzebna do podwyższenia sprzedaży tej opowieści, bo historia broni się sama. Poznajemy w niej jabłko imieniem Mac, które pewnego dnia zaprzyjaźnia się z robakiem Willem. Spotyka go za to typowy ostracyzm. Will wycofuje się, nie chcąc narażać przyjaciela na nieprzyjemności, ale Mac tęskni i postanawia w końcu zawalczyć o przyjaźń.
Opłakane skutki dyskryminacji na tle rasowym, niebezpieczeństwa konformizmu czy idea przyjaźni z pewnością są ważnymi tematami do przedyskutowania z dzieckiem, ale ta książka ma w sobie coś więcej: serię dowcipów bazujących zarówno na rysunkach, jak i grze słów. Nie chciałabym nikogo pozbawiać okazji do śmiechu, szczególnie w czasie pandemii, więc ograniczę się tylko do powiedzenia, że historia zbudowana jest na tym, że Mac odczuwa po przyjacielu pustkę, której nie może wypełnić (dosłownie, bo robak zamieszkał w nim). Zerknijcie też na slogan podsumowujący treść, który znalazł się na okładce książki 🙂
A: HMH (Houghton Mifflin Harcourt), P: wydawnictwo Modo, które, jak samo twierdzi, powstało tylko po to, by wydać książki o George’u
Przygody ciekawskiej małpki i jej bezimiennego przyjaciela w żółtym kapeluszu ukazały się po raz pierwszy w druku w 1941. Skoro cieszą się zainteresowaniem niezmiennie od tylu lat, a do tego dorobiły się serialu animowanego i filmu, z pewnością mają to „coś”, co porusza serca dzieci na całym świecie.
Oryginalne historie są podobno zaskakująco długie i nie przystają do dzisiejszej wrażliwości (małpka często ponosi w nich uszczerbek na zdrowiu), dlatego amerykańskie wydawnictwo zleciło innym autorom napisanie i zilustrowanie dodatkowych historii – i te właśnie współczesne wersje trafiły do naszych rąk. Osiem opowieści z tomu „Busy Days..” ma od 2 do ok. 7 zdań na stronie, duże ilustracje, łamane nieraz na kilka plansz, oraz długość sięgającą średnio 20 kilku kartek każda. Same przygody to np. wizyta w zoo stworzonym na kształt safari, badanie u dentysty, zabawa z dziewczynką na wózku inwalidzkim, zbieranie pieniędzy na zabawkę czy nocowanie u przyjaciół.
Małpka nie mówi, co ją trochę urzeczywistnia, ale jej zachowanie przypomina raczej zachowanie dziecka niż zwierzęcia, więc młody czytelnik może się z nią łatwo utożsamić. George pakuje się regularnie w tarapaty, ale zawsze ratuje go to, że ktoś z otoczenia dostrzega pozytywny skutek wywołanego przez małpkę zamieszania. Mamy więc po jednej stronie dziecięcą ciekawość, umiłowanie zabawy i skłonność do rozproszenia uwagi, a z drugiej – życzliwość ludzi, która sprawia, że każdy kłopot daje się rozwiązać.
Moje dziecko sięga po ten zbiorek chętnie i nieraz przeczytaliśmy nawet 7 z 8 historii pod rząd (czyli, uwaga, ok. 160 stron naraz). Dla dwulatka to chyba wystarczająca dawka emocji, ale czy dla starszego dziecka powinniśmy pokazywać, że świat jest bardziej przyjazny niż trudny? Tego jeszcze nie wiem. Może seria po polsku, która bazuje na oryginalnych historiach autorstwa państwa Rey, jest tak ciekawa, jak baśnie braci Grimm. Jak skończy się pandemia, sprawdzę w bibliotece i dam znać.
Przy pisaniu tego posta korzystałam z Wikipedii oraz artykułu New Yorkera, z którego dowiedzieć się można również, że autorzy naprawdę mieszkali z dwiema małpkami, a mimo to pozbawili George’a małpiego atrybutu w postaci ogonka, upodabniając go do nas, ludzi.
Koleżanka, która jest przedszkolanką, powiedziała mi kiedyś, że przychodzą do jej grupy dzieci, które nie znają kolorów. Wówczas ta informacja brzmiała dla mnie neutralnie, ale odkąd na świecie pojawił się mój syn, nie mogę uwierzyć, jak mogło dojść do takiej sytuacji. W końcu kolorów uczymy się nieustannie, rysując, malując, przekładając klocki. Co ciekawe jednak, książki na ten temat nadal cieszą się ogromnym zainteresowaniem maluchów. Myślę, że problemem są odcienie, które trochę nam mieszają w poznawaniu, czym jest zielony, a czym niebieski. Sama niejednokrotnie wiodłam spór, czy nazwać coś jeszcze żółtym czy już pomarańczowym. Z tego “pomieszania” pochodzi zapewne miłość dzieci do słowniczków obrazkowych, których tu jednak omawiać nie będę. Polecę za to kilka pozycji, które proces poznawania kolorów trochę Wam urozmaicą.
Eric Litwin, James Dean (i.), Pete the Cat: I Love My White Shoes
Historia kota, który mimo że kocha swoje białe buty, to nie płacze, gdy wdepnie np. w farbujące na niebiesko borówki, jest przypowieścią dla buntującego się dwulatka, który ma ogromny problemy z akceptacją zmian. O, tak, Pete nie ma nic przeciwko nowym kolorom swoich butów, a nawet o nich śpiewa. Jeśli jako rodzic zmagający się z płaczącym co i rusz dzieckiem nie jesteś w stanie docenić poczucia humoru autora, to na pewno spodoba Ci się nieustannie prowokowana interakcja (mnóstwo pytań, które przy pierwszym czytaniu są doskonałą okazją do ćwiczenia dedukcji), a także możliwość wspólnego śpiewania piosenki na melodię dowolną.
Jane Cabrera, Cat’s Colors
Kolejny kot, ale w opowieści o nim pojawia się tylko jedno pytanie: jaki jest owego kota ulubiony kolor? Zielony jak trawa, po której lubi stąpać? Czy niebieski, jak niebo, po którym gania ptaki? Odpowiedź jest oczywiście wzruszająca. Nawiasem mówiąc, podobno pedagodzy zalecają, aby uczyć kolorów właśnie w kontekście konkretnego elementu z otoczenia dziecka, w co ta książka wpisuje się doskonale.
Keith Baker, Little Green Peas: A Big Book of Colors
Zielony groszek jako bohater? Sprawdza się świetnie, nawet gdy nie klepie po brzuszku rzepy. Śladem przywołanego Brzechwy książeczka o groszku jest pozycją wierszowaną. Na obrazkach oprócz dużego napisu RED pojawiają się np. czerwony płotek, czerwone jesienne drzewa, czerwone latawce – a w tym wszystkim zielony groszek sprzątający liście, malujący obraz czy puszczający samoloty z papieru. Duże ilustracje z mnóstwem małych zdarzeń, o których można rozmawiać, jeśli się akurat nie tropi obecnej na każdej stronie biedronki.
Wyrzucanie jedzenia to problem mojego pokolenia od zawsze (tj. odkąd wkroczyło na rynek pracy i samo sobie robi zakupy), ale teraz, gdy doszły niedziele niehandlowe*, stał się on bardzo trudny do wyeliminowania. Podpytuję ludzi, jak sobie z nim radzą, ale większość z nich jest mistrzami kuchni, którzy z obierek zrobią coś z francuską nazwą przy użyciu sosu z ostryg i płatków drożdżowych… Ja, niestety, do tych cudotwórców nie należę, a do tego nie udaje mi się zmusić się do zaplanowania posiłków kilka dni na przód, dlatego polecę Ci rzeczy łatwe do wdrożenia.
Podwiędłą sałatę rzymską możesz podsmażyć z odrobiną czosnku i solą. Jak zrobisz to raz, będziesz podsmażała świeżą. A jeśli się przedstawisz na rzymską na stałe, kłopot z marnowaniem sałaty będziesz miała z głowy.
Cytrynę pokrój na ćwiartki i zamroź. Odmrażaj cząstki, kiedy są Ci potrzebne do sosu, ryby. [Oczywiście, że Ci się spieszy, bo wyciągnąłeś właśnie z lodówki plastry wędzonego łososia, dlatego – halo! – istnieje mikrofala.]
Kiedy zaczyna Ci schnąć ser żółty, zetrzyj go na tarce i zamroź w porcjach – będzie w sam raz na pizzę czy zapiekanki.
Jak musisz szybko „wykończyć” jajka, zrób kluski kładzione.
Suchy chleb usmażony w jajku to chyba żadna tajemnica, ale przypominam na wszelki wypadek. Tak samo jak używanie tostera i robienie zapiekanek. Natomiast kiedyś zaskoczyłam koleżankę faktem, że bułka tarta to zmielona na okruchy stara bułka…
Zdychająca rukola czy pietruszka to baza na pesto. Dorzuć ser, orzechy, dopraw sokiem z cytryny, czosnkiem, solą, oliwą – i nakładaj na kanapki.
Resztki tłuszczu z pieczystego [lub jakiej dobrej smażeniny] po odcedzeniu możesz potraktować jako bazę pod zupę lub sos. Tego nauczyła mnie moja mama.
Brzydkie owoce wrzuć do blendera i przerób na smoothie.
Mocno przejrzałe banany pokrój w cienkie plasterki, poporcjuj i zamroź. Nie zamrożą się „na kość”, więc Twoje dziecko zrobi sobie z nich przekąskę-namiastkę lodów, a Ty wykorzystasz je i do zrobienia lodów w wersji deluxe, i do słodzenia jaglanek i smoothie. Możesz też zrobić ze świeżych bananów ciasto lub ciastka bez mąki i cukru.
Jeśli jak ja nie jesteś w stanie zaplanować posiłków, wystarczy Ci kilka produktów pod ręką, które są zdrowe, a jednocześnie wyjątkowo długo przydatne do spożycia. To da Ci poczucie, że nie musisz kupować za dużo przed dniem wolnym, żeby mieć coś w zapasie. U mnie taką rolę pełnią płatki jęczmienne i orkiszowe, jaglane i owsiane (dziecku), bakalie, mrożone: owoce, warzywa. Zaznaczę od razu, że płatki przyrządzam na wodzie, więc nie muszę się martwić o mleko [choć przy dziecku wiadomo, że mleko w lodówce zawsze musi być].
Chleb WASA [ja kupuję ten z błonnikiem] to niemal „wieczna” alternatywa dla chleba i bułki tartej. Na szczególne wpadki zakupowe.
Wszelkie resztki poobiadowe (mięsne i warzywne) możesz podsmażyć z pastą curry rozpuszczoną w bulionie z mlekiem kokosowym. Zupełnie nowy smak.
Jeśli masz pomysły na dodanie kolejnych podpunktów, daj znać – fajnie byłoby rozszerzyć tę listę.
*Tekst pisałam jeszcze przed epidemią. Teraz mogę dodać, że dodatkowe zapasy zinwentaryzowałam, zapisując daty przydatności produktów do spożycia, i powiesiłam rozpiskę na lodówce. Zaczęłam też planować posiłki, przynajmniej przed weekendem, bo wtedy to ja gotuję.